powrót

wiersze zebrane

gry internetowe

 

czarno-białe liciszewy

w przededniu tych kiepskich żniw gdzie
od kłosa po pokłosie pokotem ulegaliśmy
lękom pokoleń - wszystko było w rękach

robota się paliła a słoma przesychała
w butach na zimę - wszystko to jeszcze
przed orzechami więc marudziliśmy że

w niwecz pójdą słone poty na zapieckach
kapoty uszargane różą i łopianem że
kurna zachęta jajecznicy i siadłego mleka

zupełnie już niepotrzebna przez zazdrość
i serdak chitruszki - ten z plamą gdzieś
na dnie studni a może w okolicy serca

 

alfabet


skrajem ulicy z węglowej na kolejową
bez butów ślepi i niecni przepisujemy
na murach swoje imiona w literkach jest
samo życie 

w literach kobiety od seksu
którym już nie starcza fantazji i czasu
żeby nas postrzelić w pierwszej bramie
z konieczności a może z miłości głębokiej

 

daleko stąd wszędzie

porozrzucał wiatr 
iskry twojego wzroku
milion kartek
zapisanych życiorysem

ręka sięgająca chmury
to powieszony gottlieb
rodzina i córka jana
która szukała diabła
mój charakter - emma

a wszystko 
zupełnie jak dzisiaj
daleko

 

bocian przychodzi


straszyć wynaturzonym obrazkiem

przychodzić do mnie chciałabyś
razem z pocztą bez pieniędzy
na wózku obwożąc kółka zielonych
oczu i mówić syn się narodził

odchodzić wtedy muszę za pole
kukurydzianych czipsów lizaków
mimo pieniędzy a pierścionki
zaręczynowe na przyjeziorze ślę

tam listonosz chyba nie zachodzi

 

badyl

dwa dni bez wódki - uschnę chyba w badyl
jesienny już we mnie a w polu zadyma więc
drapak w szumanie piory to przy drodze 
gdzieś legnę na samopas myśli - głodno

piszesz że w domu okna będziecie wstawiać
w naszym twoim - bardzo nieprzyległym
(zakwitła muza w chmielnej okolicy)
też się cieszę choć w gardle wąwóz
niezdobyty

uschnę na siekierkach w ciepłym bo i 
czasu mało wódki mało - czy to boli

 

bajka o tatusiu

po archipelag gdzie aa i samo życie
płyną łodzie z powództwa cywilnego
w szarościach październikowego nieba
ze wszystkich szerokości - zwieziono
i na barkach kobiet wyładowano skrzynie 
pełne czystych pustych butelek

pewnie mi nie uwierzycie ale znowu
jakiś mały portowy wagabunda nauczył
się wczoraj latać od jednego holendra

 
 

żeby wszystko było nie tylko trochę


trochę z ciebie i moje żyjątko papierosa
ognik światła w ciemnym pokoju - stopy
wrośnięte drzewo dotyku w półkole nocy

rozpoczynamy draśnięciem czerwonym śladem
po ścieżce wdeptujemy w ramiona cielistość
twoich pożółkłych fotografii nieba i ziemi

zgadujesz mnie z opowieści alana - ciasno
w kilku wersach niepotrzebnie zaznaczasz 
obecność alkoholu - przecież się kochamy

 

zostałem w galeriach paryża


alan klika na obrazie panny w biodro
z żebra ćmi papierosów w setki euro i

pijemy

i wynika na to leszko mówi szeptem
zielono mi (zieloniasto) idziemy i

idą w miasto

 
 

zecer 


czy wiersze się słodzi
i łyżeczką dokręca żeby
smak zabrał komuś esencję

herbatki w nickach kiedy
zbieram o tobie pliki
zdjęciowe ty pijesz wino

piszesz list na poczcie
wielki pan z ochrony
stempluje nas przez ramię

 

 

 

zbiegłem po torach


baby po kolana pola umęczona zima
kikut z resztek w lokomotywie siła
kompanii ruskich czołgi zwietrzone
lisem na przydrożnej zupie a ciszej

jedzą bo nie ma komu gadać splatać
rąk w koszyki słuchać jak ciepło za
piecem piszczy szczypie w gardło
gorzałka po smalec ogórka i noc

zachciało się lepiej biedować solą
odrobiną pieprzu sobą po pachy
w tarapatach dzieciństwa śmiać się
wracać i pod górę czasem zbiegać

 
 

zapisałem sobie kawałek ziemi


o tobie dla a może wbrew
(sobie kawałek ciebie - oglądam pod światło) jak
w przypadkowym kamieniu każdy bywa ziemia i usta
ty -- nie bywasz - zakładasz ręce za głowa
oddychasz pod kocem o mnie
oddychasz jak każdy najgłębiej myślący

wtedy wypatruje twoich dłoni za oknem i deszczu
(bywasz deszcz i słońce) i opowiadam ludziom jak
kochać - jak nie kochać -- uciekają w bezdech
w ścinek materiału 
oczekują może więcej ciebie więcej siebie
w ziemi na ustach

 

zachód


wewnątrz atomu
splotami orbit
żołnierze niosą
nowy zodiak

 
 

w pierwszej fazie wiosennych roztopów umierają przystojni pianiści

pewnej kobiecie klaustrofobicznej - dedykuję



podpłynęła do mnie - bez zakrywania ud
rozpostarła zapach a mnie nawiedziła
cała ukryta w jej wzroku rozpusta
czytałem w myślach i szukałem niedopowiedzeń

(pani pije z lodem czy bez lodu
usiądzie pani pod kolorowym świetlikiem 
czy przy oknie mamy widok na prawdopodobnie
ostatni śnieg tej wiosny)

odwróciła się a po sali
przeleciała pierwsza jaskółka
i zatrzymała się wzrokiem 
gdzieś w okolicy pianisty

(z lodem i---)

teraz poruszyła usta - kwiaty poruszyła
zamknęła w moim oku kolor swoich włosów
i odeszła - znowu -- do pianisty

(usiądę bliżej muzyki)

(oczywiście 
tam będzie najprzyjemniej)

odchodziłem powoli od jej zmysłów 
rozwadniałem się szklance z lodem
w esencji kobiecości i przewrotności

drżałem na ciele na umyśle - kochałem
kochałem najnieszcześliwiej na świecie
brnąłem w czerwień centymetr po centymetrze
boleśnie zagnieżdżałem się w jego sercu 
a w nią wpajałem najnamiętniej jak
potrafiłem cole z lodem

 

trzykolor z widokiem (niebawem)


przez przednia szybę
przeciekają owady 
w sztucznych igiełkiach
środka nasennego
owocują animatorzy 
kleją następny trzykolor
tęcza ulega przedawnieniu 

 
 

to już jest koniec


przystępujemy z nogi do nogi
zdobywamy w barze przyczółek 
trafione w sedno kelnerki uśmiechają się
na pięć piw trzy są nasze
gitarzysta z kataraktą przeciąga strunę
nadepnięty na ogon czarny kot 
czmychnął za kurtynę rachunku 
z odciskiem kciuka wypasiony 
ochroniarz (kajdanki gaz) wypalił
- czas na widzenie już minął

 

 

 

taksówka z murzynem

taksometr wybił dwanaście
na tylnim siedzeniu murzyn
maluje sobie paznokcie
w bieli zakonnica i koleżanki
z wieczornej zmiany - pada

uczę się na pamięć drogi
jaką pokonuje kropla po szybie
(jest trudniej kiedy się dzieli)
dwie przecznice dalej mój pies
sika właśnie na perski dywan

w baraku schronieni robotnicy
jadę czterdziestą trzecią 
i liczę słupki parkometrów
przez uchylone okno widzę jak
ręka boska odgarnia suche liście



 
 



dwa słońca

jestem lejb witoszyn
mam skazę na ramieniu
w święto publikacji malowałem murzyna
nowy orlean pachniał jak toruń
w dobrym okresie art

mam skazę na ramieniu
takie dwa słońca -
jak mówi keke harmonijka 
który jest czarny jak noc
i ma portret w miles caffe

jestem lejb witoszyn
przyjechałem namalować blusa

 

suche usta

jesteśmy poukładani jak rzeczowniki w szafach
mamy bagaż z zapasem wstydu wymagamy smaku
od znajomych i telefonu raz na rok do domu
kochamy nienarodzone pierwsze potrzeby i 
chodzimy przepłukać gardło przed podróżą




 
 

dlaczego słońce tak wcześnie zachodzi


na kilku zdjęciach siedzicie sami
niewidoczne oczy w cieniu okularów
ułomni sprzątają liście przesuwają się
na drugim planie i wydaje się że nic 
nie mówisz od dawna nic nie napisałeś

jej widocznie nie brakowało miłości
inaczej przytuliła by się do jakiegoś
statysty na opuszczonej ławce kreci was
reżyser któremu w twarz wykrzyczała
jak bardzo denerwująca jest ciemność

 

rotor


jako dziesięcioletni
stawałem na palcach żeby dotknąć
smakowałem koniuszkiem języka zasad
na sznurku ciągałem wspomnienie i jeden
bóg wie ile z tego powróciło

klimatyzowane pomieszczenie właściwie jest noc
kot zachowawczo sterczy przed telewizorem jestem
tym kotem poniewieram oczy programowo a pilotażowy
odcinek mojej ręki wyłuskuje ze ściany 

cień rotora

igła wbita w oparcie kanapy 
igła oparta o włókno życia teraz wczorajszego skaleczenia
chwilowego dyskomfortu krwi rozmazanej na szybie powielacza
który bezlitośnie wypluwał mój wiersz rzucając

cień rotora

sygnalizuje senność w studni nie została ani kropla alkoholu
do wywietrzenia nie ma nawet oczu kota przed telewizorem jestem
znowu dziesięcioletnim chłopcem stoję na palcach i dotykam
twarzy mojej matki - właściwie jest noc a my jemy cukierki

 
 

radość miała odwróconą


helena aleksander gertruda helena
bogumiła na szelkach antek powieszony
w cieniu wiśni matka mu płakała
na kolanach kosz z owocem miała
odwrócony patrzył jej mężczyzna w oczy

 

 

przełamując ciebie


jesteś i masz twarz - nawet do zapamiętania
oczy przykurczone pod powiekami - widać że
się starasz i myślę że jesteś już blisko

do wystawy w hamburgu pewnie złapiesz jeszcze
odrobinę pewności siebie i opalenizny - żeby
zabić tylko te plamy na piersiach jest szansa

że nie umrzesz i dobra wiadomość - lekarze
wróżą ci z ręki a w szklanej kuli zebrała się
woda - nadzwyczaj ślepa na mgnienie śmierci

 
 

prosimy pamiętać o pasach bezpieczeństwa



(pani mnie pamięta z ulicy)
piata aleja i dwuzgłoskowiec
ukryty w śmietniku dziki naturysta
przeszkadzał nam pocałować się na dzień dobry
uszczelnialiśmy wiec nasza przyjaźń
guma do żucia z trafiki 
obok przyczepiony do fajki gość
juz bez prawa do deportacji
nucił chodnikowa sentencje morrisona 
"śmierci nie ma..."
i tylko to (proszę pani)
w nowym jorku było śmieszne 

 

prognoza na papierze w kratkę


w dialogach mamy się najmarniej
wyciekasz więc w rynnę i opis
pogody z miesięcznym wyprzedzeniem
studiujesz czystość szyby - portfel 
a może reklamę kina domowego

w zestawieniu z kałużą wyglądasz
na zadowoloną - zawsze znajdziesz 
czas żeby odstać swoje w deszczu

 
 

poławiacze pereł

od rana wypatrywałem przez okno
a w kuchni czekała sztuka - mięsa
wiatraki samowolnie mełły zboże 

zyndram to blond poeta i kochanek poety
miejscowi rolnicy mówią o nim - witek
a on robi makijaż i ogląda kreskówki

brakowało mi zaledwie pół słówka
a w kuchni czekała sztuka - mięsa
to jakieś piramidalne nieporozumienie

krystian - boguduchawinny malarz
modli się co niedzielę
o nieśmiertelność swoich obrazów

zegar - zabijaciel sekund - bije 
poławiacze pereł - idioci i geniusze 
to ludzie jednej bajki




 

po nieparzystej stronie chodnika


w jadłodajni dla gigantów
zahaczam o dziewczynę
wylewamy na siebie po łyku herbaty
i to jest piękne bo ona mówi 
ze chce się ze mną podzielić chlebem
ale nie mamy chleba jest papieros
może być papieros - wzdycham
siadamy przeciążeni wrażeniem
ze juz więcej się nie spotkamy
jakby światło odległej fortuny
znowu przeskoczyło o dwa pola
nic nikomu nie mówiąc

 

cisza


o tobie jest cisza
porozwieszana na sznurach do bielizny
jest drzewem o tobie 
matka rosnąca w liść - moja opowieść

przeplatająca słońce żyłkami ciała
wschodząca twoim wzrokiem
zachodząca przez korzeń moich rąk
na dno ziemi 

 

 

 

 

ostatnia wersja zamachu (list)


"Kobieta osiągnęła doskonałość.
Jej martwe Ciało ma uśmiech 
dokonania..."

Sylvia Plath


depcząc po krawędzi 
śledzisz ruchy
skrawków papieru
odnosisz się do deszczu
ze spokojem
kapitalne chmury
przesłaniają wnętrze jabłka
którym obdarowałaś moją rękę

to fantastycznie
że potrafisz jeszcze kochać
bez przepraszania


 
 

okno bieleje


szczebiotać podszczypywać dziewczyny w parku
w zoo wymyślamy imię dla nowego słonia robią
nam zdjęcia otrzymujemy prezenty to prezydent
ściska nam dłoń a nie my jemu - oko bieleje

wciskasz mi palec w oko - moje oko sukcesu
moje okno na fankluby prawda o mnie to oko

zamieszanie jest nawet w kiblu już zjedli z nami
kolacje teraz chcą z nami robić kupę sukcesu
andy ściska pudło po gitarze - robi duże oko
gitara umarła rzuciła się z tysięcznego piętra

wciskaj mi palec w oko - nasze oko w świat
nasze okno na sukces - rzućmy prawdę za oko










 

 

 

nie ma mnie - gdzie mnie wiersz zaniesie



"Wiersze już nas nie kochają
nie chcą nas kochać
nie chcą być wierszami
Nie wzywaj nas mówią
Już nie możemy ci pomóc..."

L. Cohen


zaczekam na rogu tam jest wyższy budynek
daje mi więcej cienia i szczęścia daje
prawie najwięcej po tym błądzeniu po mieście

w przeglądarce na monitorze mam was - jesteście
dostępni na wyciągniecie jednego palca i myśli
(nie mam kamery więc nie zobaczycie jak wygląda 
poeta przekraczający wszystkie granice) a myśli
mam do niekochania do rzygania i wątroby na bolesnej
stronie czasu (czego nie życzę wam i dzieciom)
zastanawia mnie masa drogowskazów - masa ludzi
spraw i kibli już sprawdzonych - mim nie ma min

zaczekam - po tej rozkoszy kiedy jeździłem kolejką
dookoła spadałem w oczy na plecy na radość przez
zaniechanie życia bo miałem wiersz na ulicy od końca

 
 

mężczyzna w kolorowym podkoszulku


opromienia swoją julię (niedziela wieczór)
kiedy wychodzą na miasto może do teatru
a może pić wino pod muzeum narodowym pod
most kierbedzia w chmurze dymu z papierosa

kobieta (julia) szuka swojego ostatniego dziecka
przeszukuje kieszenie okoliczne krzaki jaboliczne

mężczyzna w kolorowym podkoszulku wystukuje na ławce
melodię - w czterech pancernych palcach wyskrobek
peta na niedzielę - dzień święty święcą - świecą
i wylanym moczem fosforyzuje wisła jak matka synem

 

 

 

made in poland


silikonowe stado gołębi to naleciałość
stuletniej hodowli literackich pociotków

a matka boska wciąż ma marzenia
z lat sześćdziesiątych i czas

operator mruży oko do kamery bo słyszalność
ma zerową - achilles toruński rolmistrz też 
ma czas na piętaszka i kino na ochocie

przyszedł czas na sceniczność - podgląd 
w wygląd - cierpliwy juda na placu pizzy
sprzedaje maski - jegomość w kapeluszu

nosi podwiązki

 
 

łapacze chmur z sears tower

w harold washington library
od niechcenia do niepamięci
powlekali nas siatką przeciw
napięciom farbowali włosy
a my bez paznokci uciekaliśmy
do sears tower na piętro
łapaczy chmur i wywalaliśmy
worki ze śmieciami na głowy
japońskich turystów a potem 
w obawie przed samotnością
zdzieraliśmy zielone naklejki
- wstęp surowo wzbroniony

 

lustro


przyklejona okiem do szyby
z inspiracji mag -- ducha
malowałam portret ziemi z
doniczek i nasienia w którym
pan brat uwił sobie życie

w przerysowanie dłoni wrosła
legenda a przebarwienia sensu
zniosły źrenicę do morza

 
 

których nie dotknę


których nie dotknę (mówiła szybko
jakby obawiając się nadchodzącej
ze śmiechem myśli) których nigdy
nie nauczę się dotykać i wymawiać
popatrz więc w moje puste piersi
wypatrz w nich ślad wilgoci
dokończ mnie w kąciku ust zmyj 
ze mnie obietnice dobre i złe 
zaufaj mi i mów do mnie bowiem
jest we mnie widzialna rozkosz
jest miłość a w niej policzone
wszystkie których nie pamiętam

 

 

kto mieszka w telefonie zaufania 


"Z grzmiącego oceanu, tłumu, 
spłynęła na mnie kropla..."

Walt Whitman


wybierasz numer na przycisku kurz
w palcach marnuje się papieros 
wychodzi na to że myślisz manualnie
przez doświadczenie ulicy przecięte
skrawkiem papieru (kawalerka w centrum)
miałbyś dla siebie całe 
dwadzieścia sześć metrów kwadratowych
drzwi do wchodzenia i kawałek rynny
do wstukiwania się przyszłość



 
 

kochasz go


i tam przychodzisz - zawsze
jak w obrazek wpatrzona a on
siedzi już cztery lata 

(i jeszcze wam chce się kochać)

bo wiem - że się nie zmuszasz
wiem też że czas przybiera postać
zużytych rolek papieru toaletowego

(mydlin czy włosów na brzegu wanny)

to dla ciebie zakrzywienie przestrzeni
ja tkwię gdzieś po środku - wszech osoba
a nie wiem dlaczego jesteś dla mnie taka --

dobra ze wszech miar




 

kobieta która spadła z nieba


ręce jej pachniały cebulą
opowiadała o sobie
a kiedy skończyli pruć szalik
pocałowali się w usta
opowiadała co odeszło
co zostało z miłości
bawił się jej włosami
i w roześmianiu
zapomniał dotknąć piersi
choć o to prosiła

 
 

jesień w korytarzu

dopiero północ - koty szeleszczą pod łóżkiem
twoje otwarte oczy mówią - znowu sny 
drą pierze - w przepierzeniu myszą skrzypi
a po podłodze kroki - zobacz czyje---

 

 

 

jakby życia było mało - norweski banał


ulica zapiera dech w piersiach
mamy mróz i dwa kilo łososi
a mimo to alan terroryzuje
obsługę baru papierem toaletowym

schodzimy do podziemia
pocztowe panienki liżą nam znaczki
warsaw & chicago 
znaczy że mamy szczęście

poranne grafitti
rzucone niedbale o ścianę domu
to mój sen o atlancie
ciągle mówimy szeptem

żeby dojść do siebie

 
 

idę tutaj - wszędzie


mamie


moja wolnostojąca
figurę oparła o kamień
ciągle odchodzi
choć nigdy nie wróciła
wszędzie jest jej pełno
pomimo zieleni pomimo
braku faktów wbrew sensom
zaczynam się z krańców
jej dłoni i idę tutaj

 

 

 

icchok lejb perec do adama mickiewicza


"ver du bist - do vejs ix
nor ver ix bin - dos vejstu nist..."

aron zeitlin


wiem kim jesteś
poeci lubią znać innych poetów
choć sporo mi ubyło
lat i justyn
chodzę po pustyni naśladując skrzypce

nie wiesz kim ja jestem
a przecież moje wiersze są proste
kiedy ich nie piszę
królowie zaczytują się
królowie - czyżby - nie wiedzą





 
 

fioletowo mi biało


zdaje się
że wlazłem w bez
okularów




 

 

 

dwadzieścia trzy kroki do morza licząc od słupka


kule śniegu
pleciesz w palce - schowana
w wiatrołomie po zachodniej
stronie słońca przepadam
luwr vinci mała madonna pre
chrześcijańska machinalna
i hrabal teatralnie pozuje
w "byłem pałacem" w pocałowanie
grocholi której w rękach
schodzą się i rozchodzą
kule śniegu

 
 

dwa słońca

jestem lejb witoszyn
mam skazę na ramieniu
w święto publikacji malowałem murzyna
nowy orlean pachniał jak toruń
w dobrym okresie art

mam skazę na ramieniu
takie dwa słońca -
jak mówi keke harmonijka 
który jest czarny jak noc
i ma portret w miles caffe

jestem lejb witoszyn
przyjechałem namalować blusa

  

do bordeaux


jedziemy pociągiem
z lekka prześmierdnięci
żółci od tytoniu bo w trzy dni
gdzieś tam -- pasowaliśmy leszka
na rycerza w pięciolitrowyn
kanisterku chateau entre deux mers
krąży też dowcip o żabie
na wózku inwalidzkim
a mnie zastanawia etymologia 
wersalki---

 

 

 

powrót