powrót

 

jeszcze raz werona

 

 

debiut i absolut


         pamięci
            Michała "Misia" Kasprowicza



mały niedźwiedź śpi
powieszony na kamień
ciąży gdzieś w przestrzeń
bo mięśniem pętli jest
motyl

    przybrany pająk
       oduczył nas wątpić
       i od dziś
       wszystko nam jedność


przez rzekę krzyczą lebe wohl
właśnie kiedy kładzie się spać
i w przekształconej cząsteczce
jeszcze więcej kocha

    obok nas bywają ludzie
       w zderzeniu światów
       zapobiegają ironii


telefon
książki z półki nieprzeczytanych

wydzwania tylko po nocach
wydzwania tylko do tej która była
i ponoć jeszcze może się zdarzyć

    wielki niedźwiedź śpi
       w piątym kole nieba

       
a każdy wiersz musi być ostatni


 


chillout w barze pod tytułem


   ...i nie należeć do nikogo
                      żeby pisać o sobie

kręci mnie patos nimfomanek ziomali gitów
a także wszelkich stowarzyszeń umarłych
żywych poetów

            ziemia się kręci
           i wszystko wokoło
           jak glina na garnki

dlatego
nawet jeśli czuję się zmęczony
wiem że zawsze mogę się pomodlić
albo dla relaksu przekartkować słownik
wyrazów w cudzym języku tak rozkosznie
niezrozumiałych

        dzielę się tym językiem
                    ...na części


teraz jednak jedynym problemem jest peter
i moje stare metafory które zmuszają
do zastanowienia się
dlaczego
w moim niemieckim jest tyle amfetaminy

           w rytmie nomades tylko sushi
           potrafi być kobietą


powstaje wtedy taka niemiła
atmosfera skandalu
dziabnięty przeczuciem kibic
patrzy na nas bezradnie
           tu się chyba jakieś słowo
           musiało przemilczeć!

           a my porozwieszani na ławkach
           przysychamy do farby orzechowej


przed nami na wąskotorowej

naumierało się wielu
       pod podkładami już się śmieją
nastało się wielu w kolejkach do baru
w takiej ciszy
       gdzie wielu na jednego

a ty wciąż mnie nie kochasz
robisz to dziś bardziej symfonicznie
choć błękitniej na dworzu
podwórze jak sypialnia
morze kur i błyskawica
      tusz do rzęs
         za czarny

na spotkanie
na kochanie
wódczynych rąk i rozmów
                   o chuj wie czym

wczoraj przekroczyliśmy drogę
w liciszewiskach wodna tańczy
                   mleczem na rowach
a brudny kopciuch lokomotywy
wydzwania dymem świt

 

 

polegli mówią przed deszczem


                  [ 8.46 ]

po przebudzeniu nie wstaję zbyt szybko
choć słyszę jak sushi pobrzękuje talerzami
i mam cholerną ochotę na wymówkę
bo wróciła chyba o trzeciej rano
z przyplątanym na smyczy pieskiem
a przecież miłość

           odbywam naturalnie
            w modlitwie
            wymuszeń ciebie
            i ciszy


i nie dbam czy moje nazwisko ma sens
o pogodę też jakby mniej bo i tak wszystko mi się kojarzy
kiedy sushi kupuje bekon pewnie zawsze ma na myśli deszcz

         płaszcz
            zwietrzył się na mnie
            przed deszczem


wyglądam wtedy albo słucham jak idzie do mnie po rynnach
jeszcze bez swoich słów jeszcze nieopowiedziana
bez pragmatycznej konieczności wycierania butów
uwodzi mnie przez okno

         paruje
            krople deszczu
            uwalniają mnie


i zaraz przypominam sobie że polegli nie słyszą
tylko czasami mówią przed deszczem każdy sumuje
swoją sushi i wymyśla jej nowe imię na przebudzenie
ale chyba każdy chciałby żeby nauczyła się słówka
wydymać

          sen
            supełek nocy
            wewnętrzny czas przejrzeń


jesteśmy więc siebie warci ja i ten pies
tylko że ja mogłem sobie postanowić
            będę dla niej udawał
            martwego mistrza aż do pierwszego pocałunku

 


 

spiritus flat ubi vult


                           "ave atque vale"
                                              Katullus


ktoś kogoś szukał przy placu na rozdrożu
i gdzieś tam właśnie pochłonęło go życie
tak że w końcu umarł bardzo nieumiejętnie
a inni wierząc naiwnie znieśli jego ciało 
z desek teatru i w mieście szukali
gdzie przepadł taki jeden
bardzo ważny element


 

 

legenda kina niemego


           my i widomy
                 dowodem zmowy
                    (nie) może być
                         ...cisza



spał może dobrze już niemy
może jakiś taki niewidomy
w czwartym rzędzie na fali
badał stany alarmowe mieszanką
                      pop corn & blue chesse
w towarzystwie tłustych bileterek
z long islad zapinał we mnie
na ostatni guzik ciekawość
nie czekałem aż się obudzi
                    żeby mierzyć tętno rzeki
wyszedłem przekupić lekarza
i paru księży na wypadek cudu
jeszcze raz werona


      jest winien ducha
          ten który posiada takie lustro


zanim się poruszył
wypadł z gniazda
malec w dwóch osobach

      o jednej nie pamięta
      nic jeszcze nie wie


krzykiem bez strun
z czterech stron chałupy

      idą ptaki
      w prześpiew deszczu


      na kolanach
mały szekspir
z ramion matki
do lustra się wyciąga
żeby mu milczało
      przyszłość
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

w notre dame (wstąpienie)


siedzimy w nawie głównej
popękanej przed wiekami
 od westchnień i śliny
powstrzymujemy myśli
żeby nie wypaść najgorzej


 

 

 

 

dwie alegorie ziemi


pośród światów
różnych w epoce kamienia
wydobywanego na sens
pod lekarskim okiem
zamieniam się w kwiat
albo dobry kamień
podniesiony wzrokiem
nad głową hieronima
i wśród słońc różnych
w dwóch alegoriach ziemi
badam kamień i kwiat



[na podstawie obrazu
          Hieronima Boscha
             "Leczenie Głupoty"]

 

wakacje z duchami


w ciemni sąsiada kolorowy fotos
marlyn siedzi okrakiem na udach
stolarza przymila się o papierosa
i łyczek czegoś mocniejszego
tak jakby wcale nie umarła
a do tego była obrzydliwie biedna

brzmi jej w ustach wyliczanka
   kochajmy się jak dwa aniołki
na parapecie w butelce z pucka
kelner przełamuje fale

 

 

antykwariat muzyczny



          "Możemy mieć ich trochę więcej
             - natura jest dziwką
             Obicia na owocach
             - czuły wiek w rozkwicie

             On jest (...)"


                         Kurt Donald Cobain



od kilku miesięcy zapuszczali włosy
w intencji dredów i metalizującej
osiedlowej kapeli
przychodzili wieczorem milcząc
robili skręty z czarno-białych
magazynów muzycznych
dziewczyny urządzały polowania
czerwoną farbą zaznaczały na
chodniku obce miejsca
w poszukiwaniu dźwięku idealnego
chronili się przed deszczem
pod wiatą z dykty
i przepowiadali sobie przyszłość
jakby zaraz miała się stać
a oni oglądając na murach slajdy
zajmują wszystkie wolne miejsca

 

nie będzie nas jutro


zdrapujemy resztki kolorowych plakatów
sezon opowieści minął słonce zachodzi
a do jutra brzmi jakoś bezpowrotnie
jak zaproszenie na spektakl
dramat jednego mima któremu
z każdym gestem ubywa sceny


fotos liryczny (casablanca)


     chcemy więcej słońca i śpiewu
                       w porannej kawie


to właśnie jest plakat
całkowite odzwierciedlenie nijakości


  chociaż teraz
     posługują się techniką montażu
     w modnym czarnym i białym
     niemodny czerwony


nie znaczy to nic
ponad to że mob flash
nie wyszedł jeszcze z mody
i

  pasemka na frędzlach
     tudzież stacje obsługowe
     jednośladów


więc gdyby bogart żył
dałby sobie pewnie wytatuować na plecach
bergman i`love you & sony dolby system

  bardzo dobrze jest mieścić się
     z wysokim
c
     pomiędzy niskimi


jednak gdzieś będzie
plakaciarsko i liryczne
nawet jeśli tylko w autobusie

     znajdziemy czas
           na takie to i owo

 

 

 

pan zajęcza warga


porównuje kształty i pokraczności
opowiada przy tym
jak casanowa spędzał sen z kobiet
i czy miał świadomość tego ostatniego razu

pan wyciąga ręce do wszystkich
kocha wszystkie męskie pantofle
i mgiełki podniecenia z damskich okularów
zamawia wiersze pocztą 
za zaliczeniem także miłość
czuje się jest panem każdego piękna
i może więcej
nawet jeśli mniej zewnętrznie

jego ulubionym słowem jest przegłaskać
brzmi śmiesznie ale jak sam powtarza
to właśnie jest spontaniczne kalectwo
od którego brak tchu w piersiach
i aż chce się żyć

 

 

 

 

 

dziś w numerze

van gogh wcale nie ma się dobrze
robią mu sie bałagany przed domem
depczą trawę w buciorach z błota

                      to malcy w rajstopach
                      wożą  taczki żwiru


a na pełnym dziur podwórku
liżą się psy że do rany przyłóż
na rękawie plamy słońca
kopulują z czarnym okiem studni

prosto z miasta wracają chłoporobotnicy
sławojki trzeszczą przed burzą
w szwach wieś się rozchodzi po lesie

piorunem
kulisty motocyklista
wiezie listy z ameryki
telegramy a także prenumeratę


                                        przed tobą
                                        nie miałem innych widzeń
                                        nie miałem innych obrazów


na okładce newsweeka
chciałbym zobaczyć słoneczniki

 

 

pochylenie światów


                             poruszamy się drzewem...
                                                w tym zbliżeniu nieba
                                                            tkwi nagi akt korzeni


wciąż to samo kołysanie
zima lata
pustynnie przewiązane wiosną

                                          ptaki tęsknie
                                          zerkają do gniazd


a ja
w nieprzejrzystym stawie
karmie karpia wigilią
i przez wybitą chmurę
wyciągam miłosny wątek szyi

                                         ponad

bo bliżej nieba
łzy schną naturalniej
bez słonych plam na policzkach

                                       planety płyną
                                       z ust do ust

                                       nieskończone


w tym wróblim tańcu
komet i gwiazd
czas przystaje
tworzy się (o ironio!) cieniem

                                      kuli się w kącie
czeka

aż z pochylenia światów
potoczy się ziemia

 

 

popękany od spojrzeń



więc starasz się być nagi
masz na stałe wciśnięty w gardło dren
do oddychania czystym powietrzem

patrzę jak stoisz słonecznikowym spokojem
wśród naściennych aktów najpiękniejszej
 ciało ma popękane od spojrzeń 
krążą legendy o poruszających się barwach
kiedy otwierasz oczy na granicy wymyślenia
z ciepła rąk biorą się mali ludzie
widzą jak oddychasz wobec dzieł sztuki
i ślinisz się na przypomnienie śmierci

 

 

powrót